czwartek, 10 grudnia 2009

Lima

Do Limy docieramy wieczorem i łapiemy drogą taksówkę z lotniska do dzielnicy Miraflores, mając nadzieję, że w hostelu, o którym czytaliśmy na internecie, znajdzie się dla nas wolny pokój. Na skrzyżowaniach stoją budki ze znakiem Inka Koli, umiejscowieni w nich policjanci sterują ruchem ulicznym. Nieznośny hałas, trąbienie klaksonami, wciskanie się w każde wolne miejsce, nowe samochody obok aut poturbowanych w wypadkach, spaliny, setki ludzi na chodnikach, światło z przydymionych latarni, angielskojęzyczne piosenki w naszej taksówce ze skórzanymi siedzeniami (po raz pierwszy w Ameryce Południowej słyszymy brytyjską muzykę zamiast wszędobylskich rytmów latynoamerykańskich), tysiące małych sklepików spożywczych, wreszcie: wieżowce na klifach Miraflores - tak wspominam trzydziestominutową przejażdżkę. Hostel The Angels Inn oferuje pokój za 84 sole (najdroższy jak dotąd w Peru), z własną łazienką, internetem i olbrzymim telewizorem. Zostajemy na siedem nocy.

Poczatkowo zauroczona Limą, szybko odkrywam, że to miasto nie różni się od pozostałych w Peru. Centrum zatłoczone i zakorkowane, wszędzie remonty, Plaza de Armas daleka od najpiękniejszych, Miraflores to tylko wieżowce i drogie restauracje. Po pięciu dniach żałuję, że nie możemy opuścić Limy nieco szybciej - niestety trzymają nas tu wizyty w prywatnej klinice: chcemy potwierdzić, że Bjarni kompletnie pozbył się duru brzusznego. Klinika wyprowadza mnie z równowagi: w piątek u pani na dole rejestrujemy się do lekarza na godzinę 12:20 w niedzielę (w sobotę klinka zamknięta; dostajemy ponadto nakaz pojawienia się o 15 minut wcześniej). W niedzielę na trzecim piętrze okazuje się, że najpierw trzeba zarejestrować się u tutejszych pań. Pobierają one od nas 80 soli (20 euro) i wskazują lekarkę. Lekarka przyjmuje nas jakieś trzydzieści minut po umówionej godzinie; rozmowa po hiszpańsku trwa zaledwie pięć minut, dostajemy skierowanie na badania w laboratorium na parterze i polecenie, żeby o 14:00 następnego dnia zapukać do jej biura, by poznać rezultaty. W laboratorium okazuje się, że oni dziś już nie pracują, mamy przyjść jutro, rezultaty kolejnego dnia. Wskutek naszych nacisków dowiadujemy się, że jak przyjdziemy o godzinie 07:00, może uda się załatwić wyniki badań na godzinę 16:00. Za późno na wizytę u lekarza, ale pytamy, ile zapłacimy za same badania. Odsyłają nas do kasy. Kasa zamknięta. Sfrustrowani opuszczamy klinikę: mieliśmy inne plany na jutro, nie planowaliśmy spędzić tu kolejnego dnia. Nie wpadamy o 07:00, chcąc zminimalizować koszty, planujemy wizytę u lekarza w innym mieście. Bjarni zaczyna jednak narzekać, że nie czuje się najlepiej i decyduje, że jednak musi odwiedzić klinikę, potwierdzić, iż nie ma nawrotów choroby. Wykonuje testy i po krótkiej walce z paniami z trzeciego piętra, które nie chcą go dopuścić do lekarza bez kolejnej rejestracji i opłaty, udaje mu się wreszcie zapukać do drzwi z napisem "Zakaz pukania. Proszę czekać na swoją kolej". Po kilkudniowych odwiedzinach w prywatnej klinice, za ponad 200 soli, Bjarni dowiaduje się, że jest całkowicie zdrowy, a ja tęsknię za szybką, tanią, pozbawioną nonsenów kliniką w Yurimaguas. Uzmysławiam sobie również, jak bardzo nie znoszę chodzenia do lekarza.

Ucieszeni nowinami, chcemy wybrać się na bilard. Mamy jakiegoś niezwykłego pecha w Limie, bo bary polecane w naszej książce nie istnieją, choć w dalszym ciągu mają swe strony internetowe. Ze znalezieniem restauracji nie mamy problemu, znalezienie porządnego (i niedrogiego) pubu okazuje się niemożliwe. W trakcie naszych poszukiwań odnajdujemy jednak uroczą, artystyczną dzielnicę Barranco, gdzie udaje nam się spróbować pisco sour z jednej z budek na bożonarodzeniowym markecie. Planujemy odwiedzić Barranco ponownie, już za dnia, ale jakoś nigdy do tego nie dochodzi. Zamiast tego poświęcamy jednodniowy budżet na lot na paralotni, który trwa dziesięć minut. Pod nami klify i kilkunastopiętrowe wieżowce Miraflores, obok nas ptaki - to nasze najlepsze i najbardziej godne zapamiętania dziesięć minut w Limie. Oboje nie możemy się doczekać, by polatać na paralotni ponownie, i to wkrótce.

Ale na razie wyruszamy dalej na południe.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

The past!