sobota, 27 lutego 2010

Przez słoneczne kanały

Przegapiliśmy nasze pierwsze śniadanie na pokładzie, nie budząc się dopóki nie usłyszałem przytłumionego głosu dobiegającego przez interkom, ogłaszającego, że śniadanie przestano serwować o dziewiątej oraz proszącego, by ludzie pamiętali zwrócić swoje talerze i tace pracownikom kuchni.

Obudziliśmy się sami, jako że poprzedniej nocy "rozwiązałem" nasze małe rozczarowanie dzieleniem kabiny, uprzejmie pytając załogę, czy nie moglibyśmy się przenieść do jednego z wielu pustych pokojów. Na początku wahali się, pytając się o to jefe, a potem capitana, ale jednym z triumfów mojego kiepskiego hiszpańskiego okazał się być fakt, że nie tylko zostałem zrozumiany, ale i ich przekonałem. Zaśmieli się tylko, gdy, w którymś momencie, zapytałem, czy mały napiwek by w czymś nie pomógł. Kiedy tak czy siak próbowałem później wręczyć go jefe, ten zaśmiał się ponownie, odmawiając. Zgaduję zatem, że pieniądze pójdą do koperty ostatniego dnia.

Byliśmy niezwykle szczęśliwi mając pokój dla siebie samych.

Gdy, zaspani, drugiego dnia wyjrzeliśmy przez nasze małe okno, zobaczyliśmy ląd oddalony zaledwie o rzut beretem. Jak tylko wstaliśmy, odkryliśmy podobny widok po drugiej stronie łodzi: wpłynęliśmy do kanałów.

Pogoda była doskonała, słonecznie i ciepło, więc spędziliśmy większość dnia na pokładzie, robiąc zdjęcia i patrząc na dryfujący ląd. Hmm, właściwie to Ewelina spędziła w ten sposób większość dnia, ja znudziłem się nieustającym pięknem i poszedłem pisać kod na moim laptopie... przez jakiś czas.

Kanały w kilku miejscach były bardzo wąskie, ląd był tak blisko nas po obu stronach, że mogliśmy wskazywać sobie poszczególne szczegóły gęstego lasu. Teren wygląda na dziki, niezamieszkany - jedynymi oznakami ludzkiej obecności tutaj były inne łódki oraz farma łososi, z szalonym domem zbudowanym na powierzchni wody zamiast na pobliskiej wyspie. Może ląd znajduje się pod ochroną?

Tego popołudnia zwołano spotkanie w pubie na promie: poważne trzęsienie ziemi miało miejsce w Chile, jakieś 90 km od brzegu Concepcion. Powiedziano nam, że jego epicentrum osiągnęło jakieś 9 stopni w skali Richtera. Najmocniej uderzyło ono w najgęściej zaludnione obszary Chile, w tym Santiago. Kilka osób zginęło, mnóstwo domów zostało zniszczonych, Australia i Japonia oczekiwały tsunami, a Castro, gdzie przebywaliśmy niecały tydzień temu, najwyraźniej z tego samego powodu zostało ewakuowane. Nic tak groźnego jak Haiti, tak to brzmiało, ale i tak poważna sprawa.

(Nerd we mnie był zafascynowany, jakoś perwersyjnie, widząc, że w wydruku wiszącym później na ścianie w naszej mesie, wiele informacji pochodziło z Twittera)

Dziwnie było uświadomić sobie później, że przez ostatnie miesiące katastrofy podążają za nami szlakiem, na którym my wcześniej beztrosko cieszyliśmy się słonecznymi, bezproblemowymi wakacjami. Osunięcia błota w Machu Picchu w minionym miesiącu; jakiś turysta zginął z powodu oparów dymu, gdy wspinał się na pobliski wulkan jakieś kilka dni po nas (myślałem, że na ten sam, co my, ale Ewelina mnie poprawiła), i teraz to... Zdecydowaliśmy się wysłać, o ile to możliwe, jakieś wieści z Puerto Eden, by zapewnić wszystkich, że wszystko w porządku i jesteśmy jak zwykle szczęśliwi.

Na kolację drugiej nocy, jak przewidziane w naszym przewodniku, podano spaghetti bolognaise. Pycha! Tak tego wieczoru, jak i przez noc, mieliśmy płynąć przez otwarte wody Pacyfiku i doświadczyć prawdziwych fal: jako że była to jedyna część naszej podróży, gdzie choroba morska była możliwa, nakarmili nas jedzeniem, które wyglądało tak samo wchodząc, jak wyglądałoby wychodząc. Ha ha!

Żadne z nas nie miało choroby morskiej, ale oboje mieliśmy krótką drzemkę zanim wyszliśmy na zewnątrz, by popatrzeć na gwiazdy i przez moment mieć cały pokład wyłącznie dla siebie. Obojgu nam spodobały się fale i łagodne kołysanie łodzi, wreszcie mogliśmy poczuć, że jesteśmy na morzu.

Byliśmy jednak zadowoleni, że płyniemy przez kanały, gdy mijało nas tsunami (o ile jakieś było) - nie wiemy, jak tsunami wyglądają na oceanie i raczej wolelibyśmy poczytać o tym na Wikipedii niż samemu tego doświadczyć.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

The past!